Na świecie możemy spotkać ludzi kroczących po rozżarzonych węglach, stawiających czoło wysokie temperaturze w szałasach potu czy przypalających się jadem z egzotycznej żaby. Istnieje również mało znana praktyka, znana jako „Pogrzeb Wojownika”, skupiająca w sobie najbardziej pierwotne koszmary człowieka. „Pogrzeb Wojownika” to nic innego jak spędzenie nocy w wykopanym przez siebie grobie, który zostaje pokryty warstwą ziemi. Ceremonia pochodzi z Meksyku, a jako pierwszy wspominał o niej Carlos Castaneda w swoich książkach. Temat „Pogrzebu Wojownika” rozwinął Victor Sanchez szerzej opisując ceremonię i jej wpływ na człowieka w książce: „Nauki don Carlosa”. Sanchez pisał: „W chwili ważkiej zmiany zachodzącej w twoim życiu, możesz pogrzebać swoje stare „ja” i pozwolić narodzić się nowej istocie”.
Z takim właśnie przekonaniem pod koniec sierpnia przyjechałem na warsztaty Twardej Ścieżki w Starym Młynie nad Tywą, niedaleko Gryfina w województwie Zachodniopomorskim. Chcąc odrzucić to co już od dawna mi nie służy i otworzyć się na nowe postanowiłem stanąć w szranki z pierwotnymi lękami. Często jest tak, że świadomi swoich słabości, negatywnych myśli o sobie i świecie nie możemy sobie z nimi poradzić. Umęczeni rzucamy się w wir życia, żeby choć na chwilę zapomnieć, ale nic nie daje nam ukojenia. W końcu stając na skraju szaleństwa postanawiamy zmierzyć się z tym co nas dręczy i od czego nie możemy uciec. Tak właśnie było ze mną. „Pogrzeb Wojownika” miały być dla mnie katalizatorem starych nawyków i przekonań. Proces, który przeszedłem zaczął się nad długo zanim wszedłem do swojego własnego grobu.
Dzień wcześniej wziąłem udział w chodzeniu po rozżarzonych węglach, żeby drugiego dnia stanąć na wykoszonym placu gdzieś na polu pod lasem, z dala od większej cywilizacji. Praktykę prowadził znany z programu Przemka Kossakowskiego Jan Szeliga razem z Pawłem „Pablo” Zawendowskim. Prowadzący przez rozpoczęciem prac we wspólnym kręgu z uczestnikami wytłumaczyli przebieg i wpływ całej praktyki na człowieka. Stojąc na polu pokrótce opisali sposób kopania grobu. Prace rozpoczęły się od odmierzenia obrysu swojego ciała lub karimaty, która miała znaleźć się w środku. Na planie prostokąta rozpoczęliśmy kopanie. Trawa i polne rośliny stawiły krótki opór. Zaraz pod nimi łopata wbiła się w połacie piasku. Stopniowo dół powiększał się i niezbędnym stało się wejście do środka żeby pogłębić wykop. Pot zalał plecy. Oddech stał się szybki i niespokojny. Grób należało wykopać do głębokości w której siadając w środku nadal pozostawała nieduża przestrzeń między sufitem z drewnianych kantówek. Siadając w środku poczułem dziwny niepokój. Chociaż z logiki łatwo tłumaczyłem sobie, że nie zostanę tam na zawsze to nieznany niepokój nie dał za wygraną. Szybko otrząsnąłem się z dziwnego poczucia kopiąc szyb wentylacyjny. Pierwotnie w praktyce Meksykańscy szamani pozostawiali nieduży otwór w pokryciu grobu tak, aby był jakikolwiek dopływ powietrza. Jan Szeliga wprowadził swój autorski pomysł nakazując kopać uczestnikom nieduży szyb wentylacyjny. Rozwiązany problem z dopływem powietrza pozwalał całkowicie przykryć grób uczestnika ziemią maksymalnie odcinając dopływ światła.
Po przerwie obiadowej dokończyłem przygotowywanie grobu. Na wykopany dół zostały nałożone drewniane kantówki, a na nie płachta materiału. Wszystko zostało pokryte ziemią. Widoczna pozostała jedynie nieduża przestrzeń przez, którą miałem później dostać się do środka. Otwór wentylacyjny został przykryty patykami i trawą. Wszystko zostało ogrodzone taśmą, która miała sygnalizować innym uczestnikom, że mogą wpaść do czyjegoś grobu.

Przed ceremonią spożyliśmy ostatni posiłek. Po powrocie na pole zapłonęło ognisko. Prowadzący mieli nas pilnować na zmianę przez całą noc co jakiś czas przygrywając na bębnie. Do swojego grobu wszedłem jako drugi. Ułożyłem karimatę na ziemi. Obok otworu wentylacyjnego odłożyłem butelkę z wodą, a pod głową zwinięty koc. Ubrany w długie spodnie, ciepłą bluzę i opończe przeciwdeszczową ułożyłem się na plecach spoglądając jeszcze przez chwilę na pierwsze gwiazdy na niebie. Chwilę później widok zakryły belki i duży kawałek prześcieradła. Pablo życzył mi „miłej podróży”, zaraz potem przykrywając płachtę i belki ziemią. Po chwili zostałem zapytany czy nie ma szczelin. Dodatkowa szufla ziemi pokryła grób. Od tego momentu zostałem sam ze swoimi myślami.
Zamknąłem oczy próbując odpłynąć do swojego świata wewnętrznego. Delikatny powiew powietrza z otworu wentylacyjnego pomógł mi poczuć się bezpieczniej. Początkowo nie mogłem skupić się na problemach, z którymi przybyłem na ceremonię. Głowę zaprzątały mi sprawy codzienne. Po omacku złapałem za butelkę i wziąłem łyk wody. Kiedy na sekundę podniosłem się wyżej poczułem jak ciężkie jest powietrze wewnątrz i jak robi się gorąco. Zdjąłem buty z myślą, że nie będę się próbował podnosić. Obróciłem się na bok próbując zasnąć. Twarda ziemia usztywniała nogi i ręce. Kilkukrotnie przewróciłem się z lewej na prawą stronę. W końcu zapadłem w płytki sen. Nie wiedząc ile czasu minęło obudziłem się w grobie. Wciąż było ciemno. Wyczołgałem się z ziemi. Dla mnie ceremonia zakończyła się dość szybko. Kilka następnych dni minęło błyskawicznie. Wróciłem do rodzinnego miasta sto kilometrów od Szczecina. Na jednej z głównych ulic postawny bezdomny zarośnięty z butelką moczu w ręce straszył przechodniów. Ominąłem go samochodem kiedy próbował wejść na przejście dla pieszych. Odetchnąłem z ulgą. Coś wyrwało mnie z tego obrazu. Znów byłem w ciemnym grobie gdzieś daleko od domu. Przewróciłem się na plecy z zamkniętymi oczami próbując się nie denerwować.
Mijały minuty albo godziny. Nie byłem w stanie tego określić. Mocny odgłos kroków był blisko mojej głowy. Podniosłem się jak oparzony. Mały robak o chitynowym pancerzu maszerował po moim kocu. Ścisnąłem go palcami i odrzuciłem za głowę. Wszystkie dźwięki wewnątrz grobu było kilkukrotnie spotęgowane, a to co działo się na zewnątrz zdawało się być bardzo daleko w zupełnie innym świecie. Kilkukrotnie słyszałem granie na bębnach przy ognisku, ale dźwięki przychodziły i odchodziły. Znów zasnąłem.
W grobie zrobiło się jaśniej. Najwyraźniej zaczynało świtać. Znów wygrzebałem się na powierzchnię. Tym razem naprawdę. Po skończonej ceremonii rozmawiałem z Jankiem Szeligą o dręczących mnie myślach. Szaman wspomniał, że nie powinienem siłować się z życiem i na odchodne życzył mi powodzenia. Wróciłem do Szczecina. Jadąc jedną z głównych ulic ten sam bezdomny, o którym śniłem w grobie wykrzykiwał obelgi do przechodniów. W końcu wściekły rzucił butelką z moczem o asfalt. Przejechałem obok pokazując mu środkowy palec.
Uśmiechnąłem się sam do siebie żeby po chwili znów zostać wyrwanym z wizji. Kolejny raz obudziłem się w ciemnym, dusznym grobie. Tym razem przestraszony, czułem jak pot opatula moje plecy. Leżałem długą chwilę w ciemności i ciszy. Zdenerwowany chciałem opuścić grób, ale poczułem lęk. Tym razem nie bałem się bycia w grobie, ale wyjścia z niego. Nie byłem pewien czy to znów jawa czy sen. Dopiero czując prawdziwą potrzebę fizjologiczną przy pełnym pęcherzu postanowiłem wydostać się na powierzchnię. Usiadłem i przy niedużej ilości powietrza założyłem buty. Jak się później okazało prawy but znalazł się na lewej stopie i analogicznie lewy na prawej stopie. Obróciłem się i na czworaka zbliżyłem do brzegu grobu. Wsunąłem ręce pod kantówki i z dużym wysiłkiem wyrzuciłem je za plecy razem z ziemią i płachtą. Wyczołgałem się przez nieduży otwór na zewnątrz łapiąc świeże powietrze. Pablo siedział przy ognisku samotnie czuwając. Po chwili rozmowy zdjąłem przeciwdeszczową opończę i ogrzałem się przy ognisku. Niespodziewanie, pod nogami zauważyłem kryształ, już bez zawieszki, który przez długi czas programowałem i nosiłem jako amulet. Spadł sam kończąc swoją pracę ze mną. Był dokładnie 5:19 kiedy stojąc przy ognisku zakończyłem swój proces. Opuściłem grób jako trzeci. Kilkanaście minut później pozostali uczestnicy wyszli na powierzchnię.
Odespaliśmy ciężką noc. Po śniadaniu przyszedł czas na rozmowę o naszych przeżyciach przy grobach. To z czym się zmagałem odeszło. Ziemia zabrała czarne myśli i cząstkę mnie, która we śnie jako zaniedbany bezdomny atakował ludzi. Poczułem lekkość pomimo zmęczenia fizycznego. Dopełnieniem ceremonii było zakopanie grobu. Po całonocnej walce z własnymi demonami był to spory wysiłek, ale po kilku godzinach pole znów było tylko zagrabionym skrawkiem ziemi. Ceremonia dobiegła końca.
Wyjeżdżając dwa dni później do domu spokojny wciąż byłem w innym świecie, choć najtrudniejsza ścieżka była dopiero przede mną, bo najbardziej wymagającą Twardą Ścieżką jest ta, którą kroczymy na co dzień.
W mediach i literaturze temat Pogrzebu Wojownika i Twardej Ścieżki pojawia się rzadko. Chcąc zgłębić temat warto sięgnąć po książki Carlosa Castanedy czy Viktora Sancheza. Czytelników szukających bardziej współczesnych historii zapraszam do książki która ukaże się w grudniu 2025 roku dzięki wydawnictwu Ezooneir pod tytułem Twarda Ścieżka mojego autorstwa.
O CZYM JEST POWIEŚĆ?
Twarda Ścieżka to przejmująca powieść obyczajowa o upadku i odrodzeniu. Opowiada historię współczesnego mężczyzny, który uwięziony między korporacyjną rutyną a wypaloną relacją, stopniowo osuwa się w spiralę samotności, uzależnień i wewnętrznej pustki. Kiedy świat wokół zaczyna się kruszyć, a odbicie w lustrze przestaje być rozpoznawalne, bohater podejmuje dramatyczną próbę ocalenia siebie. To książka o dorosłości bez złudzeń. O czasie, kiedy kończą się młodzieńcze marzenia, a nierozwiązane traumy domagają się głosu. Gdy kolejne rozwiązania zawiodą (psycholog, leki, kolejne romanse), Irek wyruszy w podróż, która zaprowadzi go do serca puszczy. Męskie Kręgi, chodzenie po ogniu, głodówki, zioła, szamańskie ceremonie... To wszystko okaże się częścią większego procesu, który prowadzi nie tylko przez ciemność, ale i ku światłu.
Radosław Stopka
Autor powieści obyczajowych dla mężczyzn